Z nieba walił drobny, sypki śnieg
niczym siwy dym, kiedy Ida w zapadającym zmierzchu wysiadła z pociągu na
peronie pierwszym i jedynym w miasteczku P. Temperatura spadła mocno poniżej
zera, wiał wiatr, a jedna z dwóch latarni oświetlających blado okolicę mrugała
jakby ostrzegawczo.
Wokół nie widać było żywego
ducha, budynek stacji kolejowej zamknięty był na cztery spusty, a powybijane
okna świadczyły o tym, że musiało tak być od dawna.
„Świetne miejsce na rozpoczęcie
nowego życia.” pomyślała ironicznie.
Wyciągnęła z kieszeni kartkę z
zapisanym adresem, ale silny podmuch wichru wyrwał ją z jej dłoni i rzucił kilka
metrów dalej w świeżo utworzoną zaspę śnieżną.
Kiedy ją podniosła, litery na
kartce były mocno rozmyte. Nie dało się odcyfrować, czy ulica nazywa się
Daliowa czy Azaliowa i czy obok widnieje numer 6, 8 czy 9. Pamiętała tylko, że
nazwa ulicy miała coś wspólnego z kwiatami.
Sięgnęła do torby po telefon, by
zadzwonić do Felipe, ale ikonka na górze ekranu pokazywała, że nie znaleziono
sieci.
Z ciężkim westchnieniem
skierowała się ku wąskiej dróżce prowadzącej zapewne do centrum miasteczka.
No comments:
Post a Comment